X

Zapisz się

Wypisz się

Wypełnij formularz, aby otrzymywać nasz newsletter.

Wypełnij formularz, aby zrezygnować z naszego newslettera.

A

A

A

A

Citius Altius FortiusAkademia Wychowania Fizycznego

AWF - Logo

Studia

Słowenia, Univerza v Ljubljani

Agnieszka Bobrowska, Tomasz Zając
Studenci

Jesteśmy studentami III roku Sportu, a ostatni semestr mieliśmy przyjemność spędzić w Ljubljanie. Pozwólcie, że opowiemy Wam, jak było.

Wyjazdu na Erasmusa do Ljubljany nawet nie braliśmy pod uwagę. Chcieliśmy pojechać do Finlandii, jednak przez zaistniałe okoliczności musieliśmy zmienić plany i szybko wybrać inną destynację – padło na stolicę Słowenii. I dopiero po przyjeździe na miejsce okazało się, że lepiej nie mogliśmy trafić. Przez prawie pół roku mogliśmy zaznać zupełnie innego życia, poznać ludzi z całej Europy. Słowenia stała się dla nas drugim domem. I pomimo tego, że roczna ilość opadów w Ljubljanie jest większa niż w Londynie, a bez parasola lepiej się nie ruszać, przeżyliśmy tutaj naprawdę mnóstwo wspaniałych chwil.

Kurs języka słoweńskiego

Przez pierwsze trzy tygodnie września braliśmy udział w intensywnym kursie języka słoweńskiego. Zajęcia były fantastycznie prowadzone, urozmaicane przeróżnymi grami. Nie mieliśmy problemów z  nauką, wręcz przeciwnie – osobom, które pochodzą z krajów słowiańskich łatwo jest „załapać” ten język, więc bardzo szybko zaczęliśmy zauważać postępy. Po zajęciach najczęściej wychodziliśmy zjeść z innymi studentami i powoli poznawaliśmy miasto. Jedyne na co mogliśmy narzekać to pogoda – praktycznie przez cały wrzesień było szaro i nieustannie padało, więc kiedy zdarzył się już jeden ciepły dzień, gorączkowo planowaliśmy co zrobić, gdzie pojechać, jak wykorzystać tę piękną aurę. Najczęściej wybieraliśmy wspólne wyjście w góry. Odwiedziliśmy między innymi małe miasteczko, Škofję Lokę, z którego wyruszyliśmy, aby zdobyć Lubnik – szczyt położony na wysokości 1025 m, z którego mieliśmy świetny widok na Ljubljanę.

Kurs zakończyliśmy egzaminem, który rzecz jasna, oboje zaliczyliśmy na najwyższą ocenę. Nauka słoweńskiego spodobała nam się tak bardzo, że stwierdziliśmy, że będziemy ją kontynuować. Mieliśmy możliwość wykupienia kolejnego kursu za 150 euro, który tym razem miał odbywać się dwa razy w tygodniu, w poniedziałki i czwartki, przez cały zimowy semestr. Wychodziliśmy z założenia, że poznawanie języka jest kolejnym sposobem na to, abyśmy coraz więcej dowiadywali się o Słowenii i jej kulturze. W związku z tym nie zastanawialiśmy się długo i szybko zapisaliśmy się, zapłaciliśmy i zostaliśmy zakwalifikowani do odpowiedniej grupy. W drugiej połowie stycznia podeszliśmy do egzaminu, który miał zweryfikować na ile przyswoiliśmy nową porcję wiedzy. I tym razem napisaliśmy go na ocenę najwyższą - A.

Fakulteta za šport

Od października zaczęliśmy naukę na Wydziale Sportu. Wszyscy profesorowie, których mieliśmy okazję poznać, byli dla nas bardzo mili i w razie jakichkolwiek wątpliwości czy problemów byli gotowi nam pomóc. Najlepiej będziemy jednak wspominać zajęcia z piłki ręcznej i pływania z elementami ratownictwa wodnego. Były to jedyne zajęcia, których nie mieliśmy sami – zostaliśmy dołączeni do grup ze słoweńskimi studentami i dzięki temu mogliśmy poczuć się faktyczną częścią tamtej społeczności i praktykować nasz słoweński. Było to naprawdę super doświadczenie.

Jeśli chodzi o zaliczenia przedmiotów to w zdecydowanej większości liczyła się obecność na zajęciach i napisanie samodzielnie pracy seminaryjnej na podany temat. Jako przykład możemy podać pracę na historię sportu, w której musieliśmy porównać rozwój i historyczną rolę współczesnej kultury fizycznej w Słowenii i w Polsce. Chociaż historia nie jest naszą najmocniejszą stroną, pracę pisało się bardzo przyjemnie, gdyż mogliśmy opierać się na tekstach naukowych, przesłanych nam przez prowadzącego. Teksty te nie tylko pomogły nam w napisaniu pracy, ale także stały się świetnym źródłem wiedzy, dzięki któremu mogliśmy uporządkować sobie w głowie fakty związane z zawiłą historią Słowenii.

Co ważne: na Erasmusie zaliczyliśmy wszystkie przedmioty, nie mamy żadnych zajęć „w plecy”, a przed powrotem do Polski otrzymaliśmy wszelką potrzebną dokumentację.

Widać, że ludziom żyje się tam dobrze, bo są naprawdę mili i pogodni. I nam też żyło się tak super! A oto kilka ciekawostek:

1) studenckie bony – system studenckich bonów ma w Słowenii bardzo długą tradycję i polega na tym, że każdy student otrzymuje miesięczną pulę bonów zniżkowych (w przypadku Erasmusów na każdy miesiąc przypada tyle bonów, ile w danym miesiącu jest dni roboczych), które może wykorzystać na posiłki w większości restauracji w Ljubljanie, jak i całej Słowenii. Jeden bon to 2,63 euro dopłaty do posiłku, które restauracja dostaje później od rządu Słowenii. Żeby korzystać z bonów wystarczy zarejestrować słoweńską kartę SIM ze swoimi danymi w specjalnym systemie i włożyć do telefonu. Wykorzystanie bonu polega na dzwonieniu z tej karty SIM na darmowy numer 1808 zbliżając telefon do specjalnego terminala (podobnego do tych płatniczych) w restauracji podczas zamówienia. Studenckie bony można wykorzystywać maksymalnie dwa razy w ciągu dnia, w odstępie minimum 4 godzin, między 9:00 a 21:00. Jest to świetne udogodnienie, dzięki któremu mogliśmy pozwolić sobie na jedzenie w różnego rodzaju restauracjach, dostając zupę, danie główne, sałatkę i często deser za maksymalnie 4,37 euro (górny limit cenowy dla posiłku z bonem – w skrócie razem z bonem nigdy nie zapłacisz więcej bo jest to maksymalna cena jaką restauracja może ustalić). Najczęściej lokale miały osobne Menu dla studentów z jednakową ceną na wszystkie posiłki przy wykorzystaniu bonu np. 2-3-4 euro. My najczęściej odwiedzaliśmy meksykańską restaurację Joe Panas, azjatycką Da Bu Dę, pizzerie Foculus oraz tajskie The Wok i Roza Slon.

2) woda pitna – w Słowenii bez najmniejszych obaw można pić wodę prosto z kranu, jest czysta i zdrowa. Nigdy więc nie musieliśmy płacić za wodę w knajpie czy restauracji, gdyż oczywistym było, że jest ogólnodostępna. Przestaliśmy więc kupować wodę w butelkach, bo zawsze mogliśmy po prostu odkręcić kran – super sprawa.

3) autobusy – w Ljubljanie komunikacja miejska ogranicza się tylko i wyłącznie do autobusów. Co ciekawe, ale też nieco irytujące, do środka można wejść tylko przez pierwsze drzwi, a zaraz po wejściu należy przyłożyć kartę Urbanę do specjalnego czytnika. Pozostałe drzwi w autobusie służą jedynie do wysiadania.

4) ekologia – Słoweńcy ogromną wagę przywiązują do dbania o środowisko. Można to odczuć na każdym kroku, przede wszystkim dlatego, że wszędzie jest bardzo czysto i schludnie. W zderzeniu z polskim smogiem, codzienne oddychanie ljubljańskim było prawdziwą przyjemnością. Szalenie ważne jest sortowanie śmieci, do którego mieszkańcy rzetelnie się przykładają – nawet na ulicach można zobaczyć duże kosze na śmieci z trzema kolorami worków.

5) Unia Europejska – biorąc udział w darmowej wycieczce pieszej po Ljubljanie, przewodnik w pewnym momencie  powiedział:

- Jak państwo myślą, co by się stało, gdyby Słowenia wyszła z Unii Europejskiej

- Nikt by tego nawet nie zauważył.

Tak, Słowenia jest naprawdę bardzo małym krajem J

Koszykarskie szaleństwo

Mieliśmy wielkie szczęście, że mogliśmy być w Ljubljanie akurat wtedy, kiedy słoweńscy koszykarze odnieśli największy sukces w historii. Mogliśmy być na głównym placu, Kongresnim Trgu i razem z innymi kibicami, w płaszczach przeciwdeszczowych czy pod parasolami, oglądać zaciętą walkę między dwoma byłymi krajami Jugosławii. Krzyczeliśmy „Gremo Slovenci!” tak głośno, jak tylko się dało.  Zarówno nasi Słoweńcy, jak i Serbowie dawali z siebie na boisku wszystko, lecz jednak to Słowenia, pod wodzą rozgrywającego, Gorana Dragićia i największego słoweńskiego objawienia turnieju – zaledwie 18-letniego Luki Donćicia sięgnęła po wymarzone trofeum. Zdobyli złoto, zostali mistrzami Europy!

Szaleństwo, które stało się naszym udziałem, było niewyobrażalne. Wszyscy krzyczeli, płakali, ściskali kogo się da (nas oczywiście również) i wybiegali na ulice, machając flagami. Euforii naprawdę nie było końca – tak mały kraj został najlepszą drużyną koszykarską Starego Kontynentu. Aż ciężko to sobie wyobrazić. I my mogliśmy tam wtedy być, rozumiecie? Fantastyczna sprawa.

Odkrywanie Słowenii

Słowenia jest małym, lecz naszym zdaniem bardzo niedocenionym jeszcze krajem. Staraliśmy się ją zwiedzić i dowiedzieć się o niej jak najwięcej.

Odwiedziliśmy tam urocze, małe miasta takie jak Celje czy Ptuj, jednak zdecydowanie najpiękniejszym miastem (oprócz bezkonkurencyjnej Ljubljany oczywiście) okazał się Piran. Jest to nadmorska miejscowość (słoweńska linia brzegowa liczy niecałe 47 km), położona na cyplu, z którego podziwiać można fantastyczne widoki, można wypić wyśmienitą kawę i zjeść naprawdę dobry obiad – serdecznie polecamy restaurację Pirat.

Największą sławą Słowenii są jednak jaskinie. Dowiedzieliśmy się, że odkrytych i zarejestrowanych jaskiń jest ponad 13 tysięcy! Najsławniejszą, największą i najtłumniej odwiedzaną jest Postojna Jama, licząca ponad 20 km podziemnych korytarzy. Inną, jest znana na całym świecie Krizna Jama, jaskinia wodna, jedna z najpiękniejszych i najlepiej zachowanych jaskiń na świecie. W wycieczce, trwającej około 4 godziny, w trakcie której zobaczyć można część wodną jaskini, może wziąć udział 4-5 osób dziennie. W przeciągu całego roku odwiedzić ją może tylko 1000 osób, więc kiedy sami mieliśmy okazję tam być, czuliśmy się bardzo uprzywilejowani.

Niestety, nie udało nam się być w najwyższym punkcie kraju, a więc na szczycie góry Triglav (2864 m). Najpierw ciężko było nam się zebrać, pogoda często była kapryśna, a kiedy już mówiliśmy, że „Tak, tak, lecimy na Triglav!” okazało się, że przyszła zima i musieliśmy zrezygnować z planów. Dzięki temu wciąż mamy powód, żeby tam wrócić!

Turistična patrulja

Radio i gazeta Svet24 organizowało program o nazwie „Turistična patrulja” („Turystyczny patrol”), do którego, rzecz jasna, zgłosiliśmy się od razu jak tylko się o nim dowiedzieliśmy. Byliśmy jedną z 16 par, która miała zostać wysłana do jednego z 16 wybranych przez organizatorów miast, mieścinek czy nawet wsi, by tam przeprowadzić „patrol”. Każda z par otrzymywała 150 euro, które miała wydać w przeciągu dwóch dni (piątek-sobota lub sobota-niedziela) na transport do danego miejsca, zakwaterowanie tam, jedzenie, atrakcje, pamiątki. To czym się tam dostaniemy, gdzie będziemy spać i co kupimy zależało tylko i wyłącznie od nas. Warunek był taki, że mieliśmy sprawdzić, co konkretny region oferuje przyjezdnym.

O destynacji dowiedzieliśmy się na tydzień przez wyjazdem. Mieliśmy pojechać do malutkiej miejscowości o wdzięcznej nazwie Velike Lašče. Szybko okazało się, że zorganizowanie wycieczki nie będzie należało do najprostszych – w samej miejscowości, ani na terenie jej gminy nie było żadnego (naprawdę żadnego) miejsca noclegowego. Zarezerwowaliśmy więc nocleg w miejscowości, należącej już do sąsiedniej gminy. Mieliśmy dojechać tam autobusem. Pech chciał, że kiedy obudziliśmy się w piątek rano, gotowi na podbój nieznanej nam jeszcze części Słowenii, wszędzie spadł śnieg – sypało przez całą noc, wielkimi, grubymi płatami i nie chciało przestać. Nasza podróż autobusem okazała się być bardzo długą przeprawą przez zaśnieżone i sparaliżowane drogi. Co chwila mogliśmy zobaczyć stojące tiry, które nie mogły ruszyć dalej. Kiedy już udało nam się dotrzeć do Ortneka, w którym mieliśmy nocleg, okazało się, że jedyna słuszna droga prowadzi tam przez las. Niestety, po kilkunastu minutach marszu w śniegu po kolana, pomiędzy powalonymi drzewami stwierdziliśmy, że czas zawrócić i spróbować ponownie następnego dnia.

W sobotę byliśmy już mądrzejsi o doświadczenie. Wypożyczyliśmy samochód i uznaliśmy, że w Velikich Laščach spędzimy cały dzień, a wieczorem wrócimy do Ljubljany. Po przyjechaniu na miejsce okazało się, że tego dnia, jedyne co mogliśmy tam robić, to pomóc miejscowym w odśnieżaniu – zasypane było wszystko, a każde miejsce, które moglibyśmy odwiedzić, było zamknięte – nawet kościół. Punktem kulminacyjnym był jednak moment, w którym jedząc bardzo dobry posiłek w jeden z dwóch restauracji, padł prąd. Właściciel powiedział nam, że stało się tak przez ogromną ilość śniegu, która obciążyła instalacje elektryczną… Nie mieliśmy tam zupełnie nic do roboty, więc z restauracji, przeszliśmy do kawiarni. Wypiliśmy kawę, zjedliśmy pączki i z wielkim rozczarowaniem wróciliśmy do Ljubljany.

Wycieczki do Velikich Lašč nie polecamy, ale… przynajmniej byliśmy w gazecie! Dostaliśmy nasze „5 minut sławy” w słoweńskiej wersji „Super Expressu”. Cóż, zawsze coś.

Zwiedzanie poza Słowenią

Słowenia stała się dla nas wspaniałą bazą wypadową. Mieliśmy stamtąd blisko do Włoch – zwiedziliśmy Triest, Wenecję i Weronę. Pojechaliśmy tam fantastyczną, Żółtą Bestią (tak właśnie nazwaliśmy żółty samochód z wypożyczalni) razem z Anną z Łotwy i Simonem z Niemiec.

Udaliśmy się też do Węgier. W Budapeszcie spędziliśmy trzy dni m.in. zwiedzając miasto i odwiedzając tamtejsze kawiarnie. Miejscem, które szczególnie polecamy jest New York Café, które ciężko opisać prostymi słowami. Za samą kawę trzeba tam zapłacić około 8 euro, co wydaje się być bardzo wygórowaną ceną. Trzeba jednak wiedzieć, że w tym konkretnym miejscu nie płaci się za kawę czy ciasto. Płaci się za możliwość wypicia jej w ogromnej kawiarni, wyglądającej jak pałac, która zachwyca swoim przepychem i wykwintnością, w której usłyszeć można muzykę na żywo i choć przez chwilę poczuć się jak arystokrata. Mieliśmy też możliwość spędzić całą noc w Rudas Thermal Bath - gorąca woda i piękny widok na oświetlony nocny Budapeszt to rewelacyjne połączenie.

Wybraliśmy się również na tydzień do Chorwacji. Punktem kulminacyjnym tego wyjazdu było całodniowe zwiedzanie Dubrovnika. Ostrzegamy od razu – jeden dzień na to miasto to zdecydowanie za mało, szczególnie jeśli jest się żądnym zobaczenia chociaż najważniejszych atrakcji, wśród których spacer murami Dubrovnika jest punktem obowiązkowym. Oczywiście, dla wszystkich fanów „Gry o tron”, zaplanowano liczne atrakcje, można m.in.: wziąć udział w spacerze śladami serialu.

W styczniu pojechaliśmy na trzy dni do Innsbrucku i był to wyjazd naprawdę idealny. Piękne miasto, zewsząd otoczone ośnieżonymi Alpami, udana pogoda i całe mnóstwo atrakcji. W samym nowoczesnym Muzeum Świata Kryształów Swarovskiego zabawiliśmy ponad trzy godziny. Jest to jedno z tych miejsc, zaraz obok architektonicznego majstersztyku, jakim jest skocznia narciarska Bergisel oraz klejnotu Alp – gór Nordkette, które koniecznie trzeba odwiedzić.   

Powrót do Polski

Kiedy nasz Erasmus dobiegał końca, zaczęliśmy odtwarzać chwile, które przeżyliśmy w Słowenii; przypominać sobie ludzi, których tam poznaliśmy i z którymi spędzaliśmy codziennie czas i uświadomiliśmy sobie jak ciężko jest wyjechać i zostawić to wszystko w tyle. Erasmus dał nam niecodzienną możliwość spojrzenia na nasze życie, studia, związek i wspólną przyszłość z dystansu. Pokazał nam, jak wiele jest jeszcze do przeżycia, ile miejsc jest jeszcze do odwiedzenia.

Wielokrotnie zastanawialiśmy się, dlaczego studenci z naszej uczelni nie decydują się na wyjazd na wymianę studencką. Po prawie sześciu miesiącach spędzonych w Słowenii nadal nie możemy znaleźć odpowiedzi na to pytanie.